04.05 wtorek, 1915 - Rano przed piątą budzi mnie kolega z wiadomością, że Moskale okopali się w Ołpinach samych, że z całą pewnością czeka nasz w Ołpinach nowa bitwa. Na dziedzińcu stał sztab rosyjski. Dowódca wydawał ostatnie rozkazy. Dowiedzieliśmy się, że dwie dywizje rozmieszczone są na prawo i lewo koło kościoła, który stanowił centrum rosyjskiej pozycji. Pierwsza linia okopów szła od kościoła ku południowi, wzdłuż zachodniej granicy naszego cmentarza, przez pola szpitalne, dalej ku żydowskiemu cmentarzowi, aż ku okopom na polach Binarowy. Ku północy od muru kościelnego, nad rzeczką, tuż za młynem, drogą ku kaplicy św. Michała i w górę. Druga linia okopów szła mniej więcej równolegle z pierwszą, nieco ku Szerzynom. Wytyczną dla niej może być wschodnia granica starego cmentarza.

Oficerowie nie raczyli nawet powiedzieć nam, by się usunąć z domu, że grozi mam straszne niebezpieczeństwo. Pobiegliśmy do kościoła, by spożyć Przenajświętszy Sakrament i z zakrystii zabrać przynajmniej małe tobołki z najpotrzebniejszymi rzeczami.

Na murze kościelnym, niedaleko statuy Najświętszej Maryi Panny, rosyjski podoficer (Litwin, który przed chwilą dopiero przyjął Sakrament Święty) umieszcza karabin maszynowy. Nic nie pomogły moje tłumaczenia, że w ten sposób kościół czyni się celem pocisków niemieckich.

Wszyscy zdają sobie sprawę, nauczeni doświadczeniem, z grozy położenia. Znowu piwnice mają być schronieniem, każdy, choć mógł się spodziewać rzeczy najgorszych, też nie przeczuwał nawet, co nas spotkało, w tym dniu 4 maja tak pamiętnym dla Ołpin.

Po chwilowej naradzie postanowiliśmy szukać schronienia znowu w domu gospodarza Ignacego Stanuli. Mieliśmy być w ten sposób w samym środku między pozycjami rosyjskimi a niemieckimi, sądziliśmy jednak, że nie będziemy na linii strzałów, lecz że pociski będą przelatywały ponad nami, że w każdym razie prędzej spotkamy się z wojskami idącymi nam na odsiecz, niż gdybyśmy puszczali się na niepewną tułaczkę ku Szerzynom. Kazałem wziąć konie, bydło i ruszyliśmy w drogę. Patrol rosyjska zatrzymała nas już niedaleko Benedykta Stanuli. Widząc jednak, żeśmy nie szpiedzy i słysząc, że chcemy się schronić z życiem i z dobytkiem w najbliższej chacie, którą już było widać, przepuścili nas wolno. Za naszym przykładem poszło znowu kilka rodzin tak, że w domu Ignacego Stanuli wnet zrobiło się i ludno i gwarno.

O szóstej rano rozpoczął się bój, którego nie da się opisać! Ukryci za górką, nie widzieliśmy Ołpin i pozycji rosyjskich. Wiedzieliśmy jednak o wszystkim od mieszkańców domu Benedykta Stanuli. Widzieliśmy za to doskonale pozycje niemieckie i szeregi wojsk niemieckich posuwające się co parę chwil naprzód. To powstawali, by podbiec parę kroków, to rzucali się na ziemię. Widzieliśmy, jak granaty rosyjskie czyniły w niemieckich szeregach szczerby. Niemcy szli ogromnym łukiem od Olszyn na Ołpiny i Binarowe.

Była dwunasta w południe, gdy do naszej siedziby weszło kilku Prusaków z prośbą o posiłek, za nimi przyszło więcej. Należeli do gwardyjskiego pułku berlińskiego cesarzowej Augusty. Nie chcieli brać nic za darmo, płacili za wszystko. Zdziwili się ogromnie, że u nas był jeszcze chleb i masło!

Podziwialiśmy sprawność wojsk niemieckich. Wszystko u nich było jak w zegarku. Zaledwie się pokazali około naszego domu, już za chwilę gra karabin maszynowy koło domu Benedykta Stanuli, a obserwator daje znaki tarczą biało-czerwoną. Za chwilę zgromadzona koło naszego domu kompania wojska czeka na rozkazy dowódcy. Odzywa się trąbka, żołnierze wstają, nakładają bagnety na karabiny, wychylają się spoza góry, są teraz na oczach pozycji rosyjskich jak na dłoni, oddaleni od nich nie więcej jak pół kilometra.

Idą do szturmu na bagnety. To samo po drugiej stronie wzdłuż gościńca od Olszyn. Tam wnet po południu widać oddziały jeńców rosyjskich, prowadzone ku Olszynom, szły kompanie za kompaniami, bezbronne, ale może uspokojone, że wyrywają się z ziemskiego piekła. Ołpiny dały 5.500 jeńców. Poległo po obu stronach, przynajmniej na cmentarzu wojennym ołpińskim pogrzebano więcej niż 700 poległych.

Około popołudnia dochodzą do domu Benedykta Stanuli wiadomości coraz mniej pomyślne. Płonie obejście Andrzeja Niziołka tuż obok stajen plebańskich, płoną też i plebańskie stajnie, płonie obejście Michała Niziołka, którego rodzina wnet przyszła z jękiem do naszego schronienia. Płonie dom Jana Gogoli, który z całą rodziną razem z nami krył się w domu Ignacego Stanuli. Płonie żydowskie miasteczko. Około piątej po południu wieść straszna! Pali się kościół! Buchają kłęby dymu spod dachu nad prezbiterium. Wnet dobywają się płomienie, pali się cały dach.

Co się działo w mojej duszy nie zdołam tego napisać. Pomijam całkowicie to, że w zakrystii miałem przechowane moje skromne oszczędności pieniężne (pieniądze otrzymane za zarekwirowane bydło, że tam był cały mój dobytek, biblioteka, bielizna, ubranie). Płonął Dom Boży, oblubienica moja, kościół niedawno takim staraniem moim odnowiony! To wszystko za chwil parę będzie kupą gruzów. Co pocznie lud, gdzie będzie się gromadził na nabożeństwa? O budowie, czy odbudowie wobec ogólnego zniszczenia przecież nawet myśleć trudno. Ani materiału, ani ludzi nie dostanę. Stało się. Niech się dzieje wola Boża. Przecież Bóg nie opuści. Dotknął ciężkim krzyżem, ale i dopomoże, że jakoś z niedoli wybrniemy.

Około ósmej wiadomości dochodzą, że spłonęła wikarówka, że z plebani rzeczy powynoszone, że jednak uratowana jest organistówka i plebania. Ludzie dotarli do kościoła, mimo że niezliczone masy amunicji wybuchały. Przynieśli wiadomość, że ocalała zakrystia.

Gdy już według naszych obliczeń Prusacy musieli być w Szerzynach, postępując bez odpoczynku za ustępującymi Moskalami, gdy i strzały nie dochodziły do Ołpin, ludzie mogli powoli opuścić dotychczasowe schronienia. Poszliśmy do domu Benedykta Stanuli, skąd oczom naszym przedstawił się widok pełen strasznej, wstrząsającej grozy.

Dopalały się resztki pracy ludzkiej, ludzkich starań, trosk, zabiegów. Dopalały się gospodarstwa kmiece i domki ubogich ze starych domów rynku ołpińskiego buchały snopy iskier na całej przestrzeni od klasztorku aż po szkołę jedno morze ognia. Jedne domy, np. koło klasztorku podpalili oblawszy naftą sami Moskale, by zamknąć drogę Niemcom, inne zajęły się od granatów, szrapneli. Teraz wszystko się dopala. Niebo okryte purpurą krwawej łuny. Wśród jeziora ognistego sterczą mury spalonego kościoła.

Dopala się jeszcze wnętrze, dopalają się piękne ołtarze z XVII wieku. Znika bezpowrotnie to wszystko, co było ukochaniem moim i ołpiniaków od lat ich dziecięcych. Ogień pożera chrzcielnicę i balaski, święty stół eucharystyczny i ambonę i katafalk, sztandary, baldachim, feretrony, Grób Boży schowany pod chórem, wszystko, co stanowiło wewnętrzną ozdobę Domu Bożego, na co całe pokolenia składały swój grosz ciężką pracą zdobyty. Sterczą już tylko nagie mury, jasno oświetlone od zewnątrz od dopalających się domów sąsiednich. Widok straszny, pełen grozy! Grozę podnosi złudzenie, jakie czyni wnętrze. Okna jasno oświetlone, jakoby w kościele odprawiało się, jakieś uroczyste nabożeństwo. Nie nabożeństwo to, jeno zagłada, zniszczenie, jakie szerzy ogień, który wszystko pożera.

05.05 środa - Rano po Mszy św. odprawionej w klasztorku zetknęliśmy się bezpośrednio z ruinami. Jeszcze wszystko dymiło. W kościele pod stopami czuć żar. I ludzie nawiedzający zgliszcza zawodzą żałośnie i wołają: nic to, że moje wszystko spłonęło, ale niechby nam bodaj kościół został! Gdzie się człowiek dziś pomodli, użali...

Kościół dostał cały szereg strzałów. Wcześniej Prusacy chcieli go gwałtem zburzyć, by w ten sposób wyrzucić zeń Moskali, mających tam pozycję karabinów maszynowych. Czy były one tylko na murze kościelnym, co sam widziałem, czy były i w oknie kościelnym, nie wiem. Ściana przednia kościoła ma sześć dziur od granatów, dwa na strychu kościelnym przebiły mur na wylot i zapewne one wybuchając pośród wyschłego drewnianego otoczenia wznieciły pożar. Dwa granaty uderzyły w północną ścianę, jeden w kaplicę, której sklepienie, mimo pożaru ocalało, jeden pruski i jeden rosyjski uderzył w dzwonnicę.

Miasteczko całe spłonęło do szczętu od mostu począwszy, po dom “Kółka”, który ocalał. Spłonęło kilka domów koło klasztorku, gospodarstwo Stanisława Wójcika i kilka innych domów.

Szkoła, chociaż otrzymała kilka granatów, podziurawiona, przetrzymała próbę.

Nabożeństwa, nie wyjmując niedziel, odprawiałem po spaleniu kościoła w kaplicy klasztornej. Ponieważ ta była za szczupła tak, że mogła pomieścić zaledwie kilkoro ludzi, należało pomyśleć albo o odrestaurowaniu spalonego kościoła, albo o postawieniu prowizorycznej kaplicy. W drugiej połowie maja 1915 roku (w niedzielę) po Nieszporach zapowiedziałem parafianom ogólne zebranie przy spalonym kościele. Zeszli się starsi mężczyźni, bo co młodsi musieli stawić się do asente. runku, z wyjątkiem ślepych i kulawych, stanęli w szeregach bojowych (tudzież kilkadziesiąt kobiet).

Na tym zebraniu powiedziałem, że koniecznie trzeba pomyśleć o miejscu wspólnych modlitw ofiary. Po skończeniu mego przemówienia wezwałem obecnych, aby ktoś z nich podał projekt, co potrzeba nam w tym względzie uczynić. Na to odzywa się osobliwy głos jednego z obecnych, który dowodził pewną skrajną partą polityczną: "Mieliśmy kościół odrestaurowany i upiększony, mieliśmy dwukrotne Misje 00. Redemptorystów i rekolekcje dawane przez ks. Profesora (ks. dra. Momidłowskiego), ale mimo to ludzie nie są lepsi, lecz coraz to gorsi. Spróbujmy teraz nie mieć wcale kościoła i nabożeństw, a może będą ludzie lepsi” Takie odezwanie się w odruchu modernistycznym i Ewangelii Tołstoja oburzyło mnie to do żywego. Zapanowawszy jednak nad sobą, zapytałem: “Kto jest jeszcze tego zdania?". Na szczęście nikt z zebranych zdania przedmówcy nie podzielił.

Po wytłumaczeniu zebranym, że gdy ludzie mimo kościoła, i nauk są tacy, to co działoby się dopiero, gdyby ludzie przestali się modlić, słuchać upomnień i nauki Bożej. Wezwałem obecnych, aby podali radę, czy restaurować ten kościół, czy pomyśleć o tym, aby gdzie indziej nabożeństwo odprawiać. Odezwał się jeszcze jeden głos, że w obecnych czasach, gdy zrabowano bydło, ubranie, gotówkę, zboże, nie podobna myśleć o restauracji kościoła, lub o postawieniu jakiegoś baraku, w którym można by urządzić prowizoryczną kaplicę. Wszyscy inni życzyli sobie, aby kościół odrestaurować, albo pomyśleć o baraku. Na tym skończono obrady i pozostawiono sprawę czasowi.

Na drugą niedzielę znowu zeszli się parafianie, aby ostatecznie zadecydować, co czynić należy, aby nabożeństwa można było odprawiać w miejscu, gdzie pomieściłoby się wiele ludzi. Na tym zebraniu jedni radzili odrestaurować szkołę męską, częściowo uszkodzoną granatami i kulami karabinowymi, inni, aby nakryć kościół spalony i w tym celu zakupić modrzewie wzięte przez wojska austriackie w Ryglicach, inni jeszcze, aby postawić prowizoryczną kaplicę. W szkole nabożeństwo urządzać wprzód ją odrestaurowawszy, nie było raczej wskazane. Na restaurację szkoły trzeba wydać tysiące koron i to chyba w tym celu, aby potem Rada Szkolna okręgowa wzięła szkołę dla swoich celów i zabroniła odprawiać nabożeństw.

Projekt urządzania w szkole kaplicy upadł. Pozostały do zrealizowania dwa inne. Który lepszy, zadecyduje inżynier. Dnia 13 czerwca wybrałem się z moim kolegą ks. Momidłowskim do Starostwa w Jaśle. Pan Starosta wyraził żal i ubolewanie z powodu spalenia kościoła, a po bliższe wskazania wysłał mnie do pana nadinżyniera Bielskiego. Gdy opowiedziałem sprawę panu Bielskiemu, ten zmył mnie inną wodą, mówiąc, że inżynierzy zajęci są pilniejszymi sprawami, jak budowanie kościołów, lub ich restauracja.

Drogi i mosty zepsute przemarszem wojsk lub wysadzone w powietrze przez armie cofające się, muszą być poprawione jak najprędzej. Kościoły muszą poczekać, aż przyjdzie kolej na ich odbudowę. Z goryczą opuściłem gmach Starostwa, tym bardziej, że pan Sielski mówił, że jego kolega inż. Schlesser będzie wnet w Ołpinach, to powie co nam czynić należy. Czy kościół nada się do restauracji, czy trzeba budować kaplicę. Pana Schlessera nie było w Starostwie, więc prosiłem pana Bielskiego, aby mu przekazał moją prośbę, że z okazji jego bytności w Ołpinach pragnę się z nim widzieć. Na to pan Bielski powiedział, że to nie jego interes. Powiedziałem teraz: “Będę robił, co będę uważał za stosowne, ale nie mogę być odpowiedzialnym, jeżeli stanie się nieszczęście”.

Po powrocie do domu, udałem się do Żurowy, gdzie miał być pełnomocnik pana Czajkowskiego, właściclela Żurowy z Ryglic i z tym pełnomocnikiem ubiłem targ o 80 sztuk modrzewia. Wysłałem ludzi, aby drzewo do zwózki przygotować, czyli pociąć na odpowiednie kloce. Po tym rozpoczęła się zwózka drzewa, która trwała przeszło trzy lata. Około połowy czerwca wezwałem dobrego cieślę z Jodłówki i godziłem się z nim o pokrycie kościoła. Gdy ten jednak oglądnął mury, powiedział, że bez inżyniera nie podejmie się tego robić, bo ściany kościoła osłabione granatami mogą runąć po nakryciu ich dachem. Przyjechał wkrótce nadinżynier ze Starostwa, aby oglądnąć zniszczenie Ołpin i zadecydował, które domy niezbyt uszkodzone, dadzą się odrestaurować. On zadecydował, że Kościół spalony nie nadaje się do restauracji. Po jakimś czasie przyjechało dwóch inżynierów i obydwaj po naradzie to samo zadecydowali.

Niedługo potem byli w Ołpinach inżynierowie wojskowi, którzy z ciekawości wstąpili do spalonego kościoła, a zapytani przeze mnie o zdanie, czy kościół spalony da się odrestaurować, wyrazili zdanie, że go restaurować nie warto. Kościół spalony budowany był bez planu z kamieni z natury mokrych, w murowaniu nie ma żadnego wiązania, a przy tym ściany kościoła mocno ucierpiały od granatów.

Teraz nam nie pozostawało nic innego, jak budować barak i urządzić prowizoryczną kaplicę. Mieliśmy do 17.000 cegły, która w czerwcu 1914 roku była przywieziona na przybudowanie zakrystii. Cegły tej dużo zniszczyły wojska, biorąc ją do budowania okopów i do poprawy drogi, ale jeszcze bardzo wiele zostało. Mieliśmy też trochę kamienia na fundamenty i na cokół mającej budować się zakrystii. Wiele jednak materiału może nam brakować, a kupić nie ma za co i gdzie. Próbujemy też pożyczyć od sąsiadów, mianowicie z Szerzyn, gdzie do budowy nowego kościoła było przygotowane wiele kamienia. A gdy tam odpowiedziano nam odmownie, poszliśmy do Olszyn, gdzie był przygotowany kamień do wybudowania parkanu okalającego kościół. Ks. proboszcz z Olszyn i członkowie Komitetu przyrzekli nam pożyczyć. Gdy jednak wysłałem furmanki po kamień, ludność miejscowa stanęła naprzeciw i kamienia brać nie pozwoliła. O jak bardzo boleśnie odczułem całą tę sprawę! Kościół spalony, nabożeństw nie ma gdzie odprawiać, a sąsiedzi okazują się tak nieżyczliwi.

Wtem jeden ze sąsiadów opowiada mi, że Moskale rozburzyli stajnię dworską murowaną, częścią z cegieł, częścią z kamienia i wiele już tego materiału użyto na poprawę drogi. Pozostało jeszcze wiele. Radzi mi więc napisać do Pana Rogawskiego właściciela Ołpin, bawiącego w Wiedniu (przy wojsku) i spodziewać się, że Pan Rogawski chętnie ten materiał odstąpi. Zaraz więc napisałem i po kilku dniach otrzymałem przychylną odpowiedź. Mając teraz zapewniony materiał rozpoczęliśmy budowę kaplicy z końcem lipca 1916 roku. Ponieważ brakowało i materiału i ludzi do roboty, robota szła bardzo powoli, tak, że mogliśmy ją dokończyć dopiero 13 grudnia, a 19 grudnia 1916 roku odprawiłem pierwsze nabożeństwo. 4 października 1916 roku przybył do Ołpin pan Wyczyński, architekt, wysłany przez urząd konserwatorski, dokąd się zwracałem, aby orzekł czy Kościół ołpiński spalony nie jest zabytkiem sztuki.

Tenże architekt orzekł, że spalony Kościół ołpiński nie jest zabytkiem sztuki, że restauracja nie przedstawiałaby żadnej trudności. Pochwalił nas, że budujemy kaplicę i przyrzekł nam, że się postara o subwencję na tę budowę. Jakoż dostałem w maju 1916 roku pismo ze Starostwa, że przyznano nam 7.000 koron subwencji, lecz te pieniądze po drodze tak gdzieś utonęły, że nigdy ich nie oglądałem, mimo że pisałem i osobiście jeździłem do Starostwa i prosiłem różnych wpływowych ludzi, m.in. pana Władysława Długosza posła i byłego ministra dla Galicji. Kto zainkasował te pieniądze zostanie na tym świecie okryte tajemnicą.

Jeszcze za czasu pobytu Moskali zaczęła grasować w Ołpinach czarna ospa i zabrała kilkadziesiąt ludzi w wieku od kilku dni do 30 roku życia. Między innymi zmarła na ospę jedna ze Sióstr Dominikanek (S. Filomena). Okazywał się też sporadycznie tyfus, ale ten nie stał się w Ołpinach epidemicznym. Tyfus wybuchnął w Żurowy, Olszynach, Szerzynach.

Smutno rozpoczął się rok 1916. Jeszcze w jesieni 1915 roku z powodu braku żywności tak w wojsku jak i wśród ludności miejskiej rekwirowano zboże, konie, krowy i trzodę chlewną - przy pomocy wojska, za cenę tak niską, która nie mieściła się w żadnej proporcji ze wzrostem i drożyzną ubrań, obuwia, narzędzi gospodarskich i innych artykułów, które już począł wyrabiać przemysł. Ludność tedy wiejska pozbawiona w znacznej części pożywienia, odarta z obuwia i ubrań, postradawszy narzędzia rolnicze przez złośliwość wojsk austriackich, zwłaszcza Czechów i Madziarów, a potem przez złośliwość wojsk rosyjskich, tęskni coraz bardziej do pokoju, o pokój zanosi modły, ofiaruje na Msze św. o pokój i pomyślność dla swoich najbliższych, którzy walczą na froncie włoskim, rosyjskim, francuskim.